Germinal - część czwarta
Nie udało jej się jednak uniknąć poruszenia przez Lewaczkę drażliwego tematu. — Słuchaj no, trzeba by to jednak w końcu za- łatwić. Kiedyś obydwie kobiety bez słów porozumiały się co do tego, że Zachariasz i Filomena mogą Jeszcze poczekać ze ślubem. Matka Zachariasza chciała jak najdłużej korzystać z zarobków syna, a matkę Filo- meny ogarniał gniew na samą myśl, że miałaby utra- cić zarobek córki. Nic nie piliło i Lewaczka wolała nawet chować małego, dopóki był on jedynym dziec- kiem. Ale kiedy Achilles podrósł i zjadał chleb, a na świat przyszło drugie dziecko, Lewaczka zrozumiała, że to się jej nie opłaca, i zaczęła gwałtownie nalegać, aby młodzi się pobrali, ponieważ nie miała zamiaru dokładać do utrzymania małych. — Zachariasz nie idzie do wojska — ciągnęła. — Nic już nie stoi na przeszkodzie... Więc kiedy? — Odłóżmy to do lepszych czasów — odparła Ma- heudka z zakłopotaniem. — Z tymi rzeczami strasz- ne urwanie głowy. Słowo daję, jakby nie mogli po- czekać z dzieciakami, aż będą po ślubie. Ja tam za- tłukłabym Katarzynę, gdybym się dowiedziała, że jej się coś przytrafiło. Lewaczka wzruszyła ramionami. — Et, co tam opowiadasz. A bo to ona inna niż wszystkie? I na nią przyjdzie kolej. Bouteloup spokojnie przeszukiwał kredens jak ktoś, kto jest u siebie. Szukał chleba. Na rogu stołu leżały na wpół obrane jarzyny na zupę dla Leva- que'a. Lewaczka po dziesięć razy brała je do rąk i znów odkładała, zajęta plotkowaniem. Już miała się do nich zabrać na nowo, gdy nagle podeszła do okna. — A to co? Popatrz, pani Hennebeau z jakimś państwem! Wchodzą do Pierronki. I znowu wzięły Pierronkę w obroty. Oczywiście, ile razy ktoś obcy zwiedzał osiedle, zawsze prowa- dzono go prosto do Pierronki, bo u niej było czysto. Ale pewno nie opowiadano historii z nadsztygarem. To żadna sztuka utrzymać dom w czystości, jak się ma kochanków, co zarabiają trzy tysiące franków rocznie prócz mieszkania, opału i podarków, jakie dostają. Tak, tak, z wierzchu to tam jest czysto, ale pod'spodem to nie. I przez cały czas, kiedy goście byli u Pierronki, kobiety rozprawiały na ten temat* — O wychodzą! — powiedziała wreszcie Lewacz- ka. — Skręcają... Spójrz no, moja droga, zdaje się, że idą do ciebie. Maheudka przestraszyła się. Kto wie, czy Alzira starła ze stołu? I zupa niegotowa! Wybąkała „do wi- dzenia i pobiegła prosto do siebie. Ale wszystko błyszczało. Alzira, z miną bardzo po- ważną, przepasana ścierką, zabrała się do gotowania zupy widząc, że matka nie wraca. Wyrwała resztę porów w ogrodzie, nazbierała szczawin i czyściła właśnie jarzyny. Na ogniu w wielkim kotle grzała się woda na kąpiel dla tych, którzy mieli wrócić z pracy. Henryk i Lenora, zajęci rozrywaniem stare- go kalendarza, byli wyjątkowo grzeczni. Ojciec Bon- nemort w milczeniu palił fajkę. Ledwo Maheudka odsapnęła, zapukała pani Hen- nebeau. — Pozwolicie, zacna kobieto, nieprawdaż? Wysoka, jasnowłosa, nieco ociężała we wspaniałej dojrzałości swoich lat czterdziestu, wysilała się na przyjazny uśmiech, aby nie okazać obawy, że pobru- dzi brązową jedwabną suknię i pelerynę z czarnego aksa.mitu. — Proszę, niech państwo wejdą — zapraszała swoich gości. — Nie przeszkadzamy nikomu?... No i cóż? Czysto? A ta zacna kobieta ma siedmioro dzieci. Wszystkie mieszkania tak wyglądają... Wspo- minałam już państwu, że Towarzystwo liczy im sześć franków miesięcznie za mieszkanie składające się z wielkiego pokoju na dole, dwu pokojów na piętrze, piwnicy i ogrodu. Pan z rozetką i pani w futrze przybyli rannym pociągiem z Paryża. Spoglądali teraz trochę nieprzy- tomnie, jak zwykle ludzie zaskoczeni sprawami zu- pełnie dla nich obcymi. — I ogrodu —